Pan Profesor Marek Zawirski
Pan Profesor Marek Bartłomiej Zawirski urodził się 28 września 1942 roku w Końskich, wkrótce potem gdy do tego świętokrzyskiego miasta wojenne losy przygnały Jego Rodziców. Do roku 1939 mieszkali oni w Łodzi; Kazimierz Zawirski był lekarzem – chirurgiem i ginekologiem, a Jego żona Maria, z domu Jakubecka – farmaceutką pracującą w jednej z łódzkich aptek. W wyniku mobilizacji młody lekarz w randze porucznika został ostatecznie skierowany do improwizowanej naprędce Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. Gdy po agresji sowieckiej z 17 września przebijał się na pomoc walczącej Warszawie, dostał się do niewoli. Z oflagu zwolniono go kiedy na Podhalu wybuchła epidemia tyfusu, którą Niemcy postanowili opanować rękami polskich lekarzy. Po wykonaniu tego zadania, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dr Zawirski otrzymał propozycję pracy w koneckim szpitalu miejskim, i tak, wraz z żoną, osiadł na resztę życia w mieście, w którym przyszedł na świat i wychował się ich syn. Także tu – w Końskich, 2 kwietnia 1948 zmarł wspaniały Dziadek Pana Profesora – Zygmunt Michał Zawirski – sławny logik, filozof nauki, wychowany w ramach paradygmatu szkoły lwowsko-warszawskiej profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, zapamiętany przede wszystkim ze swych historyczno-krytycznych badań nad teorią wiecznych powrotów i prac eksplorujących pogranicza fizyki, matematyki i filozofii. Warto przypomnieć, że w roku 1999 nakładem wydawnictwa Uniwersytetu w Bostonie ukazała się książka pióra prof. Ireny Szumilewicz-Lachman pt. „Zygmunt Zawirski: His Life And Work”. No cóż, nie przychodzimy znikąd, a to skąd przychodzimy wiele wyjaśnia, pozwala zrozumieć…
W roku 1960 osiemnastoletni Marek Zawirski wraca do przedwojennego miasta swoich rodziców i rozpoczyna studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Łodzi. Jeszcze będąc studentem interesuje się neurochirurgią, spędza wolny czas na dyżurach w klinice, jednak gdy w roku 1966 uzyskuje dyplom lekarza, nie ma dla niego miejsca w Łodzi. Wraca przeto do rodzinnych Końskich aby w tamtejszym szpitalu powiatowym odbyć dwuletni staż podyplomowy. To z owego czasu pochodzi z życia wzięta anegdotka, którą usłyszałem od Pana Profesora: stażystę Zawirskiego pyta przełożony dlaczegóż to nie może wziąć w szpitalu dyżurów w drugiej połowie miesiąca, a ten odpowiada, że od 16. do 31. ma dyżur w pogotowiu, stąd w szpitalu pełni dyżur tylko od 1. do 15.… Ta jakże daleka od dzisiejszych ideałów Unii Europejskiej sytuacja pozwala Mu zdobyć pierwsze doświadczenia medyczne w sposób o wiele bardziej intensywny niż było to dane kolegom odbywającym praktykę w ośrodkach akademickich. Tyle że ci, którzy w owych czasach wyjechali na prowincję, rzadko mieli okazję z niej powrócić. Trzeba było mieć wiele szczęścia, albo pozostawić po sobie niezwykle dobre wrażenie, tak aby kierownik kliniki pamiętał i żałował, że ów delikwent zniknął z pola widzenia. W Klinice Neurochirurgii AM w Łodzi kierownicy właśnie się zmieniali – był rok 1968, oto profesor Jerzy Szapiro przestał być szefem, a jego miejsce zajął, wówczas docent, Jerzy Brzeziński. Tyle, że nowy kierownik kliniki nie spełnił oczekiwań ówczesnych władz i profesor Szapiro pozostał w klinice, i to przez następne 15 lat. Studenta Zawirskiego pamiętali obaj na tyle dobrze, że ów, po zaliczeniu stażu, dostał pracę na łódzkiej neurochirurgii i tym razem opuścił Końskie na zawsze. To było nowe życie pod każdym względem – nie tylko nowa praca – w dniu 14 września 1968 roku Marek Zawirski poślubił Janinę Dzikowską, dziś ulubioną przez wszystkich przyjaciół „Panią Profesorową”, a w rok później został ojcem Ewy. A w pracy – nauka neurochirurgicznego rzemiosła i pierwsze publikacje. Ta najpierwsza, odnotujmy dla porządku, ukazała się w Neurologii i Neurochirurgii Polskiej i dotyczyła pozapalnego zwężenia wodociągu mózgu jako przyczyny wycieku płynu mózgowo-rdzeniowego przez nos. W roku 1973, w pięć lat po rozpoczęciu pracy, lek. Marek Zawirski przedłożył, a w dniu 11 września obronił, dysertację doktorską pt.: „Przydatność echoencefalografii A w zestawieniu z wynikami badania neurologicznego, elektroencefalograficznego i angiograficznego w rozpoznawaniu umiejscowienia glejaków nadnamiotowych”. Neurochirurdzy zapewne się uśmiechną. Tak, to były inne czasy, inna epoka. Teraz to co związane z diagnostyką jest przecież o wiele prostsze – ot, w ciągu kilku minut wykonujemy tomografię komputerową i jeśli nie wszystko, to wiele jest już jasne. Wtedy nie było tak łatwo, stąd kariera tzw. echoencefalografii A. Młodszym Kolegom wyjaśniam, że badanie to było rodzajem ultrasonografii, a jego istota polegała na uzyskaniu obrazu odbicia fali od wewnątrzczaszkowych struktur linii środkowej. Echo wskazujące na ich przemieszczenie sugerowało obecność i położenie patologii za owo przesunięcie odpowiedzialnej. I choć to właśnie w tamtych czasach brytyjski inżynier sir Godfrey Newbold Hounsfield skonstruował pierwszy tomograf komputerowy za co w roku 1979 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, to upłynęło jeszcze sporo lat zanim pierwsze takie urządzenie było dostępne w Polsce, zaś o wiele więcej nim trafiło do rutynowego użytku służąc na co dzień dyżurnym neurochirurgom. A przez cały ten czas to echoencefalografia A pomagała ratować życie chorych.
W roku 1974 dr n. med. Marek Zawirski zdał egzamin specjalizacyjny przed komisją, której przewodniczył profesor Adam Kunicki – legenda polskiej neurochirurgii, ówczesny kierownik kliniki krakowskiej. Wkrótce potem został powołany na stanowisko adiunkta. Przełomowy dla Jego dalszych losów okazał się rok 1979, w którym wyjechał na roczny staż naukowy do Kliniki Neurochirurgii National Hospital for Neurology and Neurosurgery Queen Square w Londynie. Ośrodek ów był wówczas prowadzony przez jednego z najsławniejszych neurochirurgów wszech czasów prof. Lindsaya Symona, którego nazwisko i osiągnięcia przyciągały stażystów i obserwatorów z całego świata. To tam przyszły profesor zetknął się po raz pierwszy z neurochirurgią nowoczesną, na najwyższym poziomie. To doświadczenie niezapomniane, kształtujące neurochirurga na całe życie. Już na zawsze będzie wiedział skąd czerpać wzorce, jak organizować pracę, operować i do czego dążyć. Lecz na tym nie koniec, wszak był to staż naukowy. Dr Zawirski wchodzi w skład międzynarodowego zespołu realizującego projekt badawczy, którego celem jest ocena przydatności somatosensorycznych potencjałów wywołanych jako metody umożliwiającej rozpoznanie i monitorowanie przebiegu regionalnego niedokrwienia mózgu występującego po krwotoku podpajęczynówkowym z pękniętego tętniaka wewnątrzczaszkowego. Badania prowadzono najpierw na zwierzętach – wypracowano model krwawienia podpajęczynówkowego u pawiana badając reaktywność tętnic mózgu, ich wrażliwość na stężenie dwutlenku węgla i proces autoregulacji przepływu mózgowego, jednocześnie obserwując wpływ tych zmiennych na somatosensoryczne potencjały wywołane. W dalszym etapie oceniano kliniczną przydatność metody. Owocem tych badań były liczne publikacje w renomowanych czasopismach takich jak choćby Stroke, Acta Neurochirurgica i Journal of Neurology Neurosurgery and Psychiatry. Więcej, wkład dr. Zawirskiego był tak znaczny, że jego podsumowaniem stała się rozprawa habilitacyjna pt. „Ocena wartości badań somatosensorycznych potencjałów wywołanych w rozpoznawaniu regionalnego niedokrwienia mózgu”. To rozprawa habilitacyjna jak na tamte czasy niezwykła, albowiem jako jedna z pierwszych składała się ze zszywki opublikowanych wcześniej prac – a zatem była zrobiona w sposób wymagany od dzisiejszych habilitantów. A przecież została złożona 42 lata temu, w roku 1984! Jednakowoż zanim doszło do jej powstania, po ukończeniu stażu w Queen Square, w roku 1981 dr Zawirski kontynuował swoją przygodę z brytyjską neurochirurgią, tym razem z jej najbardziej surowym praktycznym obliczem pracując w Royal Hallamshire Hospital w Sheffield. To było unikalne i bezcenne doświadczenie; wszyscy wiemy, że neurochirurgia jest dziedziną kliniczną, wymagającą umiejętności praktycznych niełatwych do opanowania. Najwyższe z nich są dostępne nielicznym. Praca w Sheffield pomogła dr. Zawirskiemu stać się neurochirurgiem kompletnym. Nadchodzący postęp naukowy jedynie dopełnił obraz neurochirurga wybitnego. Zatem gdy 1 lipca 1985 roku dr hab. n. med. Marek Zawirski został powołany przez ministra zdrowia na stanowisko docenta, był już neurochirurgiem z krwi i kości, potrafiącym podjąć każde wyzwanie kliniczne, operacyjne i gotowym do dzielenia się swoją wiedzą i umiejętnościami. Wszystko było zatem na właściwym torze, a w perspektywie – intensywna praca kliniczna, coraz trudniejsze zabiegi, rozliczne publikacje. Pamiętam dobrze ów czas – był magiczny – niestrudzony doc. Zawirski w swoim żywiole i coraz trudniejsza rzeczywistość za oknem. Niekiedy żal, bo jak tu w dobie niedostatku dorównać Anglikom? A jednak parł do przodu, ku zmianom, i one nadeszły. W kraju i na świecie działy się rzeczy, w które trudno było uwierzyć, a On robił swoje. W dniu 12 września 1990 roku został powołany na stanowisko profesora nadzwyczajnego, w rok później został profesorem belwederskim, a 16 sierpnia 1996 roku objął stanowisko profesora zwyczajnego. Wcześniej, bo 4 maja 1992 roku został kierownikiem Kliniki Neurochirurgii, zaś 5 maja 1995 roku także kierownikiem Katedry Neurochirurgii. To ostatnie stanowisko piastował do jej końca, który nadszedł z falą reorganizacji i restrukturyzacji; Katedra Neurochirurgii została rozwiązana w roku 2008 i Klinika Neurochirurgii weszła wówczas w skład Katedry Chirurgii, ale już nie Akademii Medycznej a Uniwersytetu Medycznego. Zresztą sama klinika też zmieniła nazwę – przypomnę dla porządku, że od 2011 roku do chwili odejścia na emeryturę prof. Zawirski kierował Kliniką Neurochirurgii i Onkologii Układu Nerwowego.
Pan Profesor był promotorem 15 prac doktorskich i rozlicznych prac magisterskich oraz opiekunem jednej habilitacji. Opublikował ponad 100 prac w piśmiennictwie polskim i zagranicznym, jest autorem 17 rozdziałów w podręcznikach, oraz redaktorem jednej monografii poświęconej oponiakom wewnątrzczaszkowym.
Przez wiele lat piastował funkcję Przewodniczącego Łódzkiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, a od roku 2005 do chwili odejścia na emeryturę był członkiem Zarządu Głównego i wiceprezesem PTNch. Gdy ustępował Towarzystwo uhonorowało go swoim najwyższym odznaczeniem – Medalem Za Zasługi w PTNch. W roku 2001 został członkiem Zespołu Ekspertów DS. Programu Specjalizacyjnego w Zakresie Neurochirurgii.
Przez 18 lat – od 1 maja 1995 roku do 31 października 2013 roku Pan Profesor pełnił funkcję Konsultanta Wojewódzkiego w Dziedzinie Neurochirurgii.
W roku 2008 otrzymał Krzyż Kawalerski Polonia Restituta, a w rok później odznaczenie Zasłużony Nauczyciel Lekarzy.
Z biografistycznej powinności przytoczyłem tę garść suchych faktów, które jednakowoż nijak nie oddają istoty zasług Pana Profesora, przemian, których był sprawcą. Bez odniesienia się do nich ten tekst nie miałby szansy być kompletny. A byłem świadkiem tych przemian. Kiedy rozpoczynałem pracę w roku 1982, w Klinice Neurochirurgii wykonywano około 380 zabiegów rocznie, przy czym repertuar operacyjny nie był wielki. W chwili odejścia Pana Profesora na emeryturę, w roku 2012, liczba przeprowadzanych operacji sięgnęła 1600 i w zasadzie nie sposób wskazać neurochirurgiczny zabieg, którego u nas nie można by wykonać. A przecież kiedyś, pierwsze zabiegi mikrochirurgiczne Pan Profesor wykonywał posługując się kolposkopem! (dla niezorientowanych – jest to przyrząd optyczny służący do inspekcji w powiększeniu szyjki macicy). To dzięki Panu Profesorowi zaczęliśmy uprawiać nowoczesną mikroneurochirurgię, to pod Jego kierownictwem rozwinęła się neurochirurgia naczyniowa, chirurgia podstawy czaszki, operacje przysadki mózgowej przez nos, neurochirurgia czynnościowa – odbarczenia mikronaczyniowe, diagnostyka inwazyjna padaczki i jej leczenie operacyjne, głęboka stymulacja mózgu, to On spowodował wprowadzenie operacji z wybudzeniem, metod śródoperacyjnego nadzoru neurofizjologicznego, Jego zasługą jest rozkwit nowoczesnej chirurgii kręgosłupa trwający w naszej klinice. Myliłby się ten, kto uznałby, że taki rozwój to naturalna kolej rzeczy, za którą stoi wszechobecny postęp technologiczny. Naturalnie to prawda, że klinika wzbogaciła się w sprzęt, o którym stażyście Zawirskiemu się nie śniło, jednak przyczyny prosperity upatruję w czymś innym. Dla polskiego lekarza początku lat 80. wyjazd do pracy w Zjednoczonym Królestwie był szokiem kulturowym. Pisząc to myślę jednak nie o tyle o bazie, co o nadbudowie. W polskich klinikach panowały w dużej mierze relacje feudalne; nie wszyscy operowali, a już zupełnie niewielu operowało „wszystko”. Na swoją kolej trzeba było czekać, częstokroć bez sukcesu. Natomiast w Anglii nie było ordynatora – byli równorzędni sobie konsultanci, z których każdy miał swoich chorych w dużej liczbie – ogromną ilość pracy, wiele operacji. Taki konsultant dostawał do pomocy jednego czeladnika, który miał w ciągu 2 do góra 3 lat nauczyć się tyle by zostać samodzielnym neurochirurgiem. Po tym czasie musiał odejść z pracy i poszukać sobie nowej gdzie indziej. Konsultantowi zależało by nauczyć takiego delikwenta jak najwięcej w jak najkrótszym czasie – to był jedyny sposób by zdjąć z samego siebie choćby część obowiązków, a ponadto ewentualny sukces dydaktyczny owocował prestiżem, no bo jeśli twój wychowanek pójdzie w świat i będzie dobry, ponieważ to ty go uczyłeś, to czy może zdarzyć się coś lepszego? W podobnym systemie jedyne ograniczenie rozwoju stanowiły własne niedostatki, stąd już po 2 latach było wiadomo kto jest chirurgiem, a kto nigdy nim nie zostanie. Ta druga grupa (ang. failed surgeons) odchodziła ze specjalizacji zasilając tamtejsze SOR-y (szpitalne oddziały ratunkowe, ang. Accident and Emergency, A&E) i szeregi lekarzy domowych. W systemie obowiązywała zasada pełnego poświęcenia (ang. total commitment), która oznaczała, że jeśli już raz zająłeś się chorym, to zajmujesz się nim zawsze. Jeśli to ty przeprowadziłeś operację, a chory wymaga interwencji, to masz dyżur, czy nie, jesteś wzywany do szpitala i załatwiasz sprawę. I będzie tak zawsze, jeśli kiedykolwiek w przyszłości ów chory znów znajdzie się w szpitalu z problemem zdrowotnym z twojej specjalności. Brytyjski dowcip powtarzany w kręgach lekarskich wyjaśniał różnicę pomiędzy wkładem w coś, a poświęceniem się czemuś. Egzemplifikacją było angielskie śniadanie, w które kura miała swój wkład, a któremu świnia się poświęciła… Angielski system choć bezlitosny, pielęgnował najważniejszą wartość medycyny – zasadę ciągłości opieki (ang. continuity of care) bezlitośnie zniszczoną przez urzędników Unii Europejskiej. Ten system stawiał nad wszystko dobro pacjenta, stąd najlepsi lekarze nie mogli mu się oprzeć.
Przeto nietrudno pojąć dlaczego Pan Profesor Zawirski przyjechawszy do Polski zaczął systematycznie i konsekwentnie kopiować brytyjskie rozwiązania, wdrażać je do polskiej codzienności. To się powiodło. Udało Mu się wychować nowe pokolenie doskonałych neurochirurgów-lekarzy. Każdy kto przychodził do pracy w klinice otrzymywał wielką szansę, znakomita większość z niej skorzystała. Stworzył system konsultancki, samodzielni chirurdzy byli w pełni odpowiedzialni za swoich chorych. Uczył ich wszystkich wszystkiego, a kiedy, co naturalne i jakże ludzkie, już nadchodziła chwila, w której stawali się we własnym mniemaniu mądrzejsi od swojego mistrza, zawsze był gotowy do walki na argumenty. W ten i tylko w ten sposób utrzymywał swój autorytet i to z wielkim powodzeniem. No cóż, wszyscy wiemy, że co prawda istnieją mniej ryzykowne i przez to częściej spotykane metody obrony autorytetu, lecz tylko sposób Profesora Zawirskiego gwarantuje prawdziwy szacunek, taki jakim cieszy się Pan Profesor.
Tak to już jest, verba docent, exempla trahunt, Pan Profesor przykładem uwalniał najlepsze ludzkie cechy swoich uczniów. Czy trzeba więcej by być nauczycielem kompletnym i człowiekiem spełnionym?
Dariusz J. Jaskólski



